(Aktualizacja: LISTOPAD 2017)

 

Julian Tuwim


RACHUNEK

 

Liczą mnie jacyś przez noc całą,

Piszą i piszą, a wciąż mało…

Skacze pokraczny szyfr.

Już jestem słaby i zmęczony,

Piszą biliony, kwadryliony,

Roi się szereg nieskończony

Cyfr.

Nie mogą zliczyć mnie, nie mogą,

Mylą się, kreślą gorączkowo,

Gdzieś sterczy głupi błąd.

Wiec znów na nowo i na nowo

Wieszają nad mą pełną głową

Liczb robaczywych rząd.

 

Miliard miliardów naliczyli,

Przez sto milionów pomnożyli,

A jeszcze straszą, jeszcze grożą,

Że przez 13 mnie pomnożą,

Przez nieskończoność mej mordęgi

Będą mnie wznosić do potęgi,

Do 17-tej, do 9-tej, do 365-tej,

I znów pomnożą, znów podniosą,

Spiętrzą się liczby ku niebiosom,

Rozsadzą wszechświat, w bezmiar wyjdą,

Urosną nad mą biedna głową

Abrakadabrą, piramidą,

Kolumną runą stuwiekową,

Jak wszy rozbiegną się w zakątki,

Rozpadną się i znów rozmnożą

W siódemki, dwójki, czwórki, piątki,

W ósemki, zera i dziewiątki,

Spęcznieją w rojne stubiliony,

Miliardy, seksty ‒ oktyliony,

Żarłoczną mnie opadną dziczą,

Aż mnie przeliczą, aż doliczą,

Aż mnie pomnożą czarne katy

Przez wszystkie światy i wszechświaty.